22.08.2012

Projekt Boliwia: Podróż cz. 2


Pierwszy tydzień naszego pobytu w Boliwii miał być z założenia poświęcony przygotowaniom do ślubu. Rodzina panny młodej nie miała zbytnich możliwości by wesprzeć parę finansowo, z tego też powodu Markus zdecydował zorganizować wesele w centrum, w którym pracuje i nie ukrywał, że bardzo liczy na naszą pomoc. Niemniej zależało mu na tym by również ten tydzień obfitował w miłe wydarzenia a nie tylko pracę i trzeba przyznać, że całkiem nieźle mu się to udało.

Przewodniki na temat Boliwii zalecają dużą ostrożność, jeśli chodzi o kulinarne eksperymenty. Nam jednak trudno było się oprzeć zaproszeniu na targ rybny. Co prawda na pierwszy rzut oka wyglądał on wysoce podejrzanie i jak w wielu innych przypadkach trzeba było nieco przymknąć oko na higienę, ale przygotowana tam ryba smakowała naprawdę wspaniale.



Widzicie ręczniczek na ramieniu kobiety przygotowującej rybę? To jedna z bardzo uniwersalnych ściereczek, którą można zarówno wytrzeć talerze, stół jak i pot z czoła... Z czasem człowiek przyzwyczaja się do takiego stanu rzeczy, niestety żołądek nie jest już aż tak tolerancyjny... Z naszej ósemki tylko jedna osoba przetrwała całą wyprawę bez poważnych problemów żołądkowych. Nawet Markus, który przecież mieszka tam już ponad 1,5 roku kilka dni zmuszony był przetrwać na diecie złożonej z Coli i krakersów...

Co prawda z pewnymi oporami ale jednak zdecydowałam się wypróbować zabieg czyszczenia uszu, w którym specjalizuje się jedno z pobliskich zgromadzeń zakonnych.

Zabieg polega na umieszczeniu w uchu specjalnej świeczki, której środek jest pusty. Po jej zapaleniu, z wnętrza wydobywa się dym. Tak przygotowana świeczka trafia do ucha, gdzie rozgrzewa woskowinę i wssysa ją do środka. Zabieg trwa ok. 20 min., po czym niezależnie od tego, czy sobie tego życzymy, siostra rozcina końcówkę świeczki, by zaprezentować co udało się jej wydobyć z ucha... Podobno dzień później człowiek słyszy już lepiej, te zjawisko potwierdziła jednak tylko jedna osoba z naszej trójki.



Aby odreagować męczącą podróż samolotem, zostaliśmy również wysłani do pobliskiego centrum wellnes. Spoglądając na drogę prowadzącą do centrum byliśmy jeszcze dość sceptyczni, jednak w środku szybko udzieliła nam się przyjemna atmośfera tego miejsca.



Cisza, spokój, dużo zieleni i ławek, na których w spokoju można czekać na kolejne zabiegi. Standardowy pakiet zawiera trzy artakcje. Pierwszą z nich jest masaż stóp. W niewielkich szałasach, w otoczeniu zieleni oddajemy się w ręce masażysty. 


Sam zabieg niekoniecznie musi być przyjemny, momentami strasznie łaskocze, w przypadku, gdy coś w naszym organiźmie funkcjonuje nieprawidłowo, może również boleć.

Po zabiegu dostaniemy również szklankę herbaty ziołowej, po której można udać się na kolejny zabieg, do łaźni z ziołowymi oparami. Po jego zakończeniu można wygodnie rozłożyć się na leżaku w specjalnie odseparowanym pokoju, popijać herbatę ziołową i spokojnie czekać aż zostaniemy zaproszeni na masaż całego ciała. Masaż wykonuje ta sama osoba, która wcześniej wykonywała masaż stóp. W ten sposób może się ona skupić na tych partiach ciała, które być może nie funkcjomują tak dobrze jak powinny.

Całość doskonale relaksuje, choć po opuszczeniu centrum człowiek pachnie ziołami, w ustach ma ich smak i w ogóle czuje się niczym zioło ;-) Ponieważ do masaży używa się różne cenne olejki, zaleca się, by tego dnia już się nie kąpać ani nie brać prysznica, zapach towarzyszy więc nam przez wiele godzin.

Za zabiegi zapłaciliśmy najwyższą, turystyczną stawkę (nadal bardzo korzystną w porównaniu do europejskich cen). Warto jednak wspomnieć, że podobne zabiegi mogą być dostępne nawet dla najbiedniejszych Boliwijczyków, o ile zaleci je lekarz. W takim przypadku mogą one być nawet darmowe.

Jak już wspominałam, Markus prowadzi w Boliwii dzialalność misjonarską. Jedną z inicjatyw, w jakie się angażuje jest prowadzenie przedszkola, które mieliśmy okazję odwiedzić.





Całość urządzona jest w dość prosty sposób, jednak nawet tutaj nie zabrakło telewizora, do którego Boliwijczycy mają wyjątkową słabość.

Jeden dzień poświęciliśmy również na wizytę w pobliskim biocentrum Güembé. To naprawdę przepiękne miejsce, gdzie można podziwiać naturę a także wypocząć w pobliżu naturalnych basenów. Wizyta rozpoczyna się wycieczką przez centrum, podczas którego przewodnik oprowadza grupę po najciekawszych miejscach, do których można później samemu powrócić. Do atrakcji centrum należą egzotyczne rośliny, ptaki, zwierzęta, motyle a wszystko to znajduje się w zasięgu ręki.





Po tak wielu atrakcjach przyjemnie jest popływać w jednym z naturalnych basenów. W tym miejscu muszę jednak przypomnieć że w Boliwii panuje obecnie ... zima. Temperatury w Santa Cruz można przyrównać do przyjemnych letnich dni w Polsce – ok. 25 stopni. To jednak za mało by skutecznie podgrzać naturalne baseny. Z tego też powodu w części z basenami panują prawdziwe pustki – oprócz nas z dobrodziejstw słońca korzystała tylko jedna niewielka grupka obcokrajowców. Z kąpieli – tylko najbardziej odważni. Nie mogłam odmówić sobie tej przyjemności i po pierwszych minutach woda zrobiła się nawet całkiem przyjemna. Mój mąż nie dał się jednak przekonać  ;-)


Więcej zdjęć z centrum można znaleźć na stronie internetowej http://www.biocentroguembe.com/eng_galeria%20de%20fotos.html

PS. Nawet to miejsce nie posiada właściwego adresu, zamiast niego podana jest liczba kilometrów od Santa Cruz i nazwa miejscowości, w kierunku której powinniśmy zmierzać.

W Santa Cruz zadomowiliśmy się na dobre i już niedługo później byliśmy w stanie poruszać się po mieście samodzielnie, łapać taksówki czy mikrobusy, załatwiać sprawunki na targu itp. Ostatnim miejscem o którym jeszcze warto wspomnieć jest Palmasola – Miasto więźniów.
Z przyczyn dość oczywistych mogliśmy zobaczyć je jedynie z zewnątrz i bez robienia zdjęć, dlatego tym razem korzystam ze zdjęcia znalezionego w Internecie.


Palmasola to więzienie a nie centrum rehabilitacyjne, jakby wskazywał napis. To miejsce, choć chronione przez wartowników, tak naprawdę jest w rękach mafii, która decyduje o losie więźniów. Szefowie mafii mają w tym obrębie wręcz luksusowe apartamenty z balkonem, z którego mogą obserwować wybieg. Pozostali za wszystko muszą płacić. Za odpowiednią kwotę mogą przykładowo wykupić sobie miejsce do spania, lepiej lub gorzej urządzoną celę, papierosy, alkohol, narkotyki i cokolwiek zapragną. Nawet centrum medyczne nie kiwnie palcem o ile poszkodowany wcześniej nie zapłaci i tak przykładowo człowiek bez pieniędzy szybciej wykrwawi się na śmierć, niż uzyska jakąkolwiek pomoc. Jedzenie to jedyny przywilej dla wszystkich, choć tylko z założenia, bo w wielu przypadkach porcji nie starcza dla wszystkich. Gotowane jest głównie to co dostarczyły przedsiębiorstwa spożywcze – produkty które straciły przydatność do spożycia i nie można ich sprzedać. Pewnie z tego powodu wielu osadzonych zdana jest na to, co do więzienia wniosą inni członkowie rodziny. Do środka może wejść każdy. Na zewnątrz stoją zwykle 4 kolejki, po 2 dla kobiet i mężczyzn. Jedna z nich dla tych którzy za wejście gotowi są zapłacić, druga dla tych, którzy pieniędzy nie mają. Nie trzeba chyba dodawać, że płacący mają zdecydowanie większą szansę, by znaleźć się w środku. Do standardów należy sytuac ja, w której w wiezieniu żyją całe rodziny. Na wybiegu można spotkać bawiące się dzieci, choć częściej zajmują się one drobnym przemytem. Wszystko obraca się wokół pieniędzy i narkotyków a do więzienia może trafić praktycznie każdy – wystarczy podejrzenie o dokonanie jakiegoś przestępstwa i człowiek zostaje zamknięty razem z najgorszymi przestępcami. Z drugiej strony ... nawet prawdziwy przestępca ma szansę by więzienie opuścić, o ile dysponuje sporym majątkiem...

W pierwszym tygodniu odwiedziliśmy tylko jedną miejscowość poza Santa Cruz – miasteczko o nazwie Samaipata.By nie tracić zbyt dużo czasu, śniadanie postanowiliśmy zjeść już w drodze i tak oto trafiliśmy do tej hali...



Wbrew początkowym obawom, posiłek nikomu nie zaszkodził ;-)

Im dalej od Santa Cruz, tym bardziej malownicze stawały się widoki.



Aż w końcu dotarliśmy do domków campingowych skrywających się pod nazwą Landhaus. Pewien przedsiębiorczy Boliwijczyk już wiele lat temu zauważył, że w te okolice przyjeżdżają turyści z Niemiec i Holandii, dlatego postanowił stworzyć miejsce gdzie chętne by sie zatrzymywali. Na dzień dzisiejszy oferuje kilka sympatycznie urządzonych domków, z dostępem do grilla, kuchni i basenu. W międzyczasie nauczył się też mówić po niemiecku i obecnie mówi chyba lepiej niż ja ;-)
 



Na basen było mimo wszystko odrobinę za zimno, za to wieczorem chętnie skorzystaliśmy z grilla, przygotowanego przez ojca Loli. Wcześniej jednak zwiedziliśmy samo miasteczko.






Następnego dnia zwiedziliśmy Fort Samaipata, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO






To chyba wszystkie najważniejsze atrakcje przed ślubem Loli i Markusa...

17 komentarzy:

  1. Jestem pod wrażeniem tych zdjęc i pięknych krajobrazów:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne zdjęcia, świetne widoki. :) Wyjazd widać, że był udany. :) Fajnie poznawać kulturę innych państw czy samych ludzi.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ależ Ci zazdroszczę tego zwiedzania! Bo sensacji kulinarnych to już trochę mniej xD
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeżyć kulinarnych ci nie zazdroszczę, ale reszta rewelacja :)
    I fajnie Cię zobaczyć :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Rewelacja, dosłownie pochłonęłam twój post! Świetne zdjęcia i oczywiście niesamowite przeżycia! Staram się nie zazdrościć, to takie brzydkie uczucie, ale... Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Na czyszczenie uczu bym się na pewno nie skusiła, ale te masaże i ziołowe olejki brzmią rewelacyjnie. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przeraża mnie jedzenie, bo nie wiem czy wytrzymałabym na takiej diecie, ale dochodzę do wniosku, że Boliwia to fascynujący kraj :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Zazdroszczę Ci tej Boliwii :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Zazdroszczę wyjazdu!
    Ja się ledwo z miasta wyrwać nie mogę, a co dopiero taaaaaki kawal drogi!

    OdpowiedzUsuń
  10. Nawet nie wiesz, jak Ci zazdroszczę:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Jenyyyy, jak ci zazdroszczę. Rewelacyjna relacja.

    OdpowiedzUsuń
  12. O tym więzieniu kiedyś oglądałem dokument w telewizji ;) Widoki i atrakcje fenomenalne. Zazdrość mnie zżera :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to pewnie dopiero teraz będę polować na takie dokumenty :-)

      Usuń
  13. Jaki fajny tukan! :d ;) Cudna wyprawa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. he he no zastanawiałam się czy by go nie zabrać do domu ale nie byłam pewna co na to mój kot :-)

      Usuń
  14. Wciągająca opowieść i dobre zdjęcia;) Czuję się trochę tak, jakbym czytała jedną z książek podróżniczych;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powoli też się czuję jakbym pisała książkę ;-) Choć póki co staram się trochę ograniczyć z opisami, by Was nie zamęczyć ;-)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...