17.11.2018

"Anioł na śniegu" Joanna Szarańska




Autor: Joanna Szarańska
Cykl: Cztery płatki śniegu (tom 2)
Wydawnictwo: Czwarta Strona
data wydania: 31 października 2018
ISBN: 9788379760718
liczba stron: 324



Joanna Szarańska, pisarka i blogerka, zdecydowała się zabrać nas po raz kolejny do mieszkańców bloku przy ulicy Weissa w Kalwarii. Poznaliśmy ich przy okazji książki "Czerech płatkach śniegu" i pewnie niejedna czytelniczka nie mogła się już doczekać, by poznać ich dalsze losy. Czy te święta będą dla wszystkich spokojne i radosne? Mogę tylko zdradzić, że na nudę narzekać nie będziemy...

Święta wielu osobom kojarzą się z ciepłem i spokojem, zapachem choinki, i wspaniałych, świątecznych potraw. Tymczasem na ulicy Weissa znowu dzieje się tak wiele, że trudno znaleźć czas na chwilę refleksji i zadumy. W gąszczu intryg i nieporozumień znajdzie się nawet zajęcie dla .. prywatnego detektywa. Czy świąteczny klimat zdoła zapanować nad tym bałaganem?

Autorka po raz kolejny udowodniła, że potrafi pisać lekko i z dużym poczuciem humoru. Perypetie mieszkańców bloku są tak zwariowane, że trudno choćby na chwilkę się od nich oderwać. Każdy z bohaterów jest niezwykle wyrazisty, choć może i lekko przerysowany. I tak starsze panie są pełne życiowej energii i szalonych pomysłów, panowie są raczej zagubieni i bardzo małostkowi. Z największą różnorodnością mamy du czynienia wśród młodszych dam, choć niemal każda zdaje się być na jakimś życiowym zakręcie. Wśród zwariowanych opowieści nie zabrakło również refleksji nad tym, co w świątecznym czasie powinno być najważniejsze. Czy są to umyte okna i efektowne zdjęcia na Istagramie? Odpowiedź zdaje się być oczywista, choć w przedświątecznym szaleństwie tak łatwo się o tym zapomina. Pewnie więc dobrze, że autorka zechciała o tym napisać.

"Anioła na śniegu" czyta się wręcz błyskawicznie. Sprawdzi się idealnie jako przerywnik podczas świątecznych porządków, lub jako umilacz podróży do bliskich. Pogodna, ciepła historia na pewno przypadnie do gustu fankom książek obyczajowych, idealnie nada się więc na prezent. Zachęcam.

14.11.2018

"Spełnione życzenia" Karolina Wilczyńska


Autor: Karolina Wilczyńska
Wydawnictwo: Czwarta Strona
data wydania: 31 października 2018
ISBN: 9788379760213
liczba stron: 271











W tym roku wielbicielki powieści obyczajowych nie muszą obawiać się, że nie znajdą pod choinką niczego ciekawego. Wydawnictwo Czwarta Strona wydało niedawno świąteczne powieści chyba wszystkich poczytniejszych autorek z nim współpracujących. Każda kusi cudowną okładką i wyjątkowym klimatem, jednak gdy na okładce jednej z nich zobaczyłam nazwisko Karoliny Wilczyńskiej wiedziałam, że to właśnie po nią muszę sięgnąć jako pierwszą. Oczekiwania były spore, a pani Karolina zdołała im nie tylko sprostać, ale i przebić.

"Spełnione życzenia" to opowieść, w której wędrujemy od drzwi do drzwi, zaglądamy do różnych mieszkań, poznajemy ich mieszkańców. Jedni są bogaci, inni muszą bardzo zaciskać pasa, by móc pozwolić sobie na lepszy posiłek w święta. Każdy ma jakiś problem i niespełnione życzenie. Nikt nie przypuszcza jeszcze, że tym razem ich marzenia naprawdę mogą się spełnić i to w ... centrum handlowym. Zanim jednak popędzicie z nadzieją, że i Wasze życzenie może się spełnić, dobrze je przemyślcie. Los bywa bowiem przewrotny, a to, czego tak bardzo sobie życzycie, może okazać się dla Was prawdziwym przekleństwem...

Spoglądając na okładkę książki, byłam nieco zaskoczona, że autorka zdecydowała się na napisanie świątecznej, do bólu słodkiej książki. Bo właśnie na coś takiego wskazywał tytuł i urocze zdjęcie dziewczynki. Poznając kolejnych bohaterów zakładałam, że dokładnie wiem, co niedługo się stanie i jakie będzie zakończenie powieści. Zwroty akcji zupełnie mnie zaskoczyły i wywołały masę autentycznych emocji. Trzeba więc wyraźnie podkreślić, że "Spełnione życzenia" to nie jest przesłodzona, sielska historyjka, którą zapomina się w parę minut po przeczytaniu, a powieść pełna ludzkich trosk, problemów, choć oczywiście i radości. Perypetie bohaterów stają się czytelnikowi bardzo bliskie. Pewnie niemal każdy z nich skojarzy kogoś znajomego, kto być może boryka się z podobnym problemem. To oczywiście potęguje emocje podczas lektury, a te, wierzcie, w przypadku tej książki są naprawdę ogromne. Chyba najbardziej w pamięć zapada pani Krystyna, staruszka, która próbuje uchronić wnuki przed domem dziecka. Nawet mniej wrażliwe osoby mogą tu uronić łezkę, tak bardzo chciałoby się wejść do książki i w jakiś sposób zmienić bieg zdarzeń... Niestety tego nie da się zrobić, tak samo jak nie da się zaplanować naszego własnego życia. Wszystko, co można zrobić, to starać się dobrze żyć, rozsiewać wokół dobro, z nadzieją, że wcześniej czy później do nas wróci. 

Karolinę Wilczyńską już od dawna doceniam za umiejętność obrazowego przedstawiania ludzkich trosk i za historie, które wychodzą poza utarte ścieżki, nieustannie czymś zaskakują. To wszystko znalazłam w "Spełnionych życzeniach" i właśnie z tego powodu książka ta zrobiła na mnie tak duże wrażenie. Wbrew początkowym planom, nie będę potrafiła się z nią rozstać i wolę ją po stokroć bardziej od całej góry typowych świątecznych powieści. Już dawno nie podeszłam do jakiejś książki równie emocjonalnie, ale w tym przypadku po prostu nie da się inaczej. 

"Spełnione życzenia" to bardzo wartościowa powieść, która przypomina nam, co w życiu naprawdę jest ważne i za co powinniśmy być wdzięczni. To bardzo potrzebna lekcja w czasach, gdy często popadamy w materialistyczne odrętwienie, zapominamy, co naprawdę jest źródłem szczęścia. Nawet jeśli nie jest to typowa świateczna powieść, warto przeczytać ją właśnie w tym czasie. Lektura bardzo porusza, rozdziera emocjonalnie, ale mam nadzieję, że również pozwala coś zrozumieć i zmienić, sprawić, że nadchodzące święta będą inne niż wszystkie. Książkę z całego serca polecam.

11.11.2018

"Planer taki jak Ty od Gabrieli Gargaś " Gabriela Gargaś




Autor: Gabriela Gargaś
ISBN: 978-83-7976-075-6
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data premiery: 2018-10-31
Stron 320







Koniec roku zbliża się ogromnymi krokami, a z nim czas na rozliczenie starego, zastanowienie się, co udało nam się zdziałać, a których pomysłów nie udało wprowadzić się w życie. Tych drugich będzie prawdopodobnie więcej. Co roku wiele osób wyznacza sobie nowe, ambitne cele, ale niestety większość odpuszcza je sobie już w styczniu... Czy jest szansa, że rok 2019 będzie inny? Kto wie, być może tym razem uda nam się wreszcie zrealizować coś ważnego. A pomóc w tym może przepięknie wydany "Planer taki jak Ty od Gabrieli Gargaś ".

Gabriela Gargaś jest autorką poczytnych powieści, tym razem jednak zdecydowała się zrobić coś innego i wydała planer, który ma sprawić, że kolejny rok będzie wyjątkowy. Choć prawdę mówiąc wcale nie musi chodzić tu o rok 2019. Planer jest bowiem tak skonstruowany, że można zacząć z niego korzystać w dowolnej chwili. I bardzo dobrze, bo po zapoznaniu się z jego zawartością, poważnie rozważam zakup paru na zapas.

Przygodę z "Planerem..." najlepiej zacząć od ... wstępu, w którym autorka nie tylko motywuje do korzystania z planera, ale również wlewa do naszych serc odrobinę ciepła. I mam wrażenie, że właśnie to jest jej głównym celem - tu nie chodzi o spis zadań do zrobienia, ale o zorganizowanie czasu tak, by człowiek wreszcie znalazł chwilę na oddech i bycie sobą. Gargaś podkreśla, jak bardzo jest to ważne. Bo cóż z tego, że cały dzień przeżyjemy na wysokich obrotach, gdy pod jego koniec pozostanie jedynie zmęczenie, frustracja i uczucie, że znowu nie udało nam się załatwić tysiąca rzeczy. To, co wyróżnia ten planer, to sporo miejsca na refleksję i przemyślenia. Tu znajdzie się kawałek papieru na spis książek, które chcielibyśmy przeczytać, podsumowanie minionego roku, spis marzeń, czy ... ulubionych herbat. Oprócz standardowego planu miesięcznego i tygodniowego, jest miejsce na podsumowanie każdego tygodnia, inspirujące cytaty, czy krótkie teksty, mające sprowokować nas do przemyśleń. Bardzo cieszy mnie obecność nie jednej, a aż trzech zakładek. Jedna z nich standardowo przydaje się do zaznaczenia właściwego tygodnia. Dzięki dwum pozostałym nie tracimy dużo czasu by odnaleźć choćby plan zajęć dzieci, lub spisaną listę zakupów.

Piękna oprawa graficzna, mnóstwo inspiracji i miejsca na różnego rodzaju zapiski sprawiają, że "Planer..." skrada kobiece serca już po szybkim przewertowaniu. Z czymś takim po prostu ma się ochotę planować, organizować, zdobywać świat. To pozycja którą chce się zachować dla siebie, ale i podarować bliskiej osobie. Z założenia to pozycja, którą można trzymać w torebce, dla mnie jednak byłaby zbyt duża i ciężka. Ja "Planer..." widzę raczej w moim ulubionym miejscu w domu, gdzie będę mogła bądź to zawsze rozpoczynać z nim dzień przy aromatycznej kawie, czy też zapisywać przemyślenia po kolejnym, intensywnym dniu. Bo ten planer może być również przepiśnikiem, sennikiem, duchownikiem, jednym słowem wszystkim, czego potrzebujemy. Gorąco polecam go Waszej uwadze i zapewniam, że doskonale sprawdzi się jako świąteczny upominek dla wielu wspaniałych, aktywnych kobiet. Zachęcam!

08.11.2018

Wywiad z Edytą Stępczak

Niedawno na blogu pojawiła się recenzja bardzo interesującej książki, zatytułowanej "Burka w Nepalu nazywa się sari". Książka porusza bardzo ważny, choć mało znany problem sytuacji kobiet w Nepalu. Temat jest bardzo rozległy, tym bardziej cieszy mnie więc fakt, że autorka książki, Edyta Stępczak, zgodziła się udzielić mi bardzo obszernego wywiadu. Serdecznie zapraszam do jego lektury, naprawdę warto.

Edyta Stępczak

1. Po lekturze Pani książki, "Burka w Nepalu nazywa się sari", po prostu muszę o to zapytać - Dlaczego niezależna kobieta jak Pani, decyduje się spędzić w kraju tak nieprzychylnym kobietom jak Nepal aż pięć lat swojego życia?

Wyjeżdżając do Nepalu nie wiedziałam, że to kraj nieprzychylny komukolwiek. W polskiej - i nie tylko polskiej - świadomości Nepal to wyłącznie Himalaje. Wiedza o tym kraju ogranicza się do górskich wędrówek i wspinaczek, opisywanych w konwencji literatury podróżniczej. To wiedza bardzo powierzchowna. Jadąc tam po raz pierwszy nie znałam Nepalu od innej niż górska strony. Podobnie jak inni Polacy pojechałam tam, aby przeżyć przygodę w górach, w zapierających dech w piersiach Himalajach. Nie byłam świadoma zawiłości społecznych problemów, które są przesłonięte przez Himalaje, dominujące nie tylko na horyzoncie, ale i w folderach turystycznych i wszelkich publikacjach. 

Nepal, trzeba to podkreślić, to doskonałe miejsce na podróż, nie tylko z powodu oszałamiającej przyrody - ludzie są tam bardzo otwarci, gościnni, stąd łatwo poczuć się tam jak w domu. Względem turystów Nepalczycy są niezwykle życzliwi. 

Niestety to także społeczeństwo na wskroś patriarchalne i pozycja kobiety, jej status, jest niski, ze wszystkimi konsekwencjami. Ale ten wizerunek Nepalu nie narzuca się turystom, jak na przykład ma to miejsce w Afganistanie, gdzie burka jest wizualnie oczywista - stąd też jest światowym symbolem uciemiężenia kobiet. Opresja wobec kobiet jest w Nepalu znacznie bardziej zawoalowana, ukryta pod grubszą warstwą pozorów; trzeba do niej dotrzeć. 

Temat dyskryminacji nepalskich kobiet jest w Europie nieznany i niezrozumiały, tego oblicza Nepalu się nie propaguje, dlatego postanowiłam się nim zająć. Kiedy zaczęłam zdawać sobie sprawę ze skali problemu, wyzwań, z jakimi mierzą się Nepalki, góry skarlały. A wraz z nimi chwała z ich zdobywania. W moim odczuciu prawdziwa walka toczyła się nie w strefie śmierci, ale na nizinach, i nie o sportowy rekord, a o godność, o podstawowe prawa człowieka. 

Chcę też podkreślić, że mnie traktowano w Nepalu bardzo dobrze. Wielu ludzi, w tym mężczyźni, zdeklarowani feminiści, bo tacy też są, bardzo mi pomogli podczas zbierania materiału do książki. Uważali, że to, co robię, jest ważne i bardzo mnie w tym wspierali. 

Poza tym Nepal to idealne miejsce dla osób, które nie stronią od wyzwań. Mimo iż życie codzienne jest tam dość trudne - mam tu na myśli braki w dostawie prądu, bieżącej wody, zanieczyszczenie powietrza i akustyczne, powodzie nawiedzające Nepal co roku podczas pory deszczowej, ciągłe niepokoje społeczne i polityczne, pozostawiający wiele do życzenia poziom higieny, nie wspominając o aktywności sejsmicznej... A jednak te przeciwności pozostają na dalekim drugim planie, kiedy ma się misję, choć to może zbyt duże słowo. Moją misją, moim Everestem było poznanie Nepalu od innej, niestereotypowej i niezmitologizowanej strony. Nie podejrzewałam, że to tak opresyjny kraj wobec kobiet, ale mając tę świadomość, to właśnie tam należy być, bo to tam jest wiele do zrobienia. I na tym polu jestem zaangażowana. Dla mnie więc nie było to "aż pięć lat mojego życia", wręcz mam nadzieję na piętnaście kolejnych. 

Okładka książki "Burka w Nepalu nazywa się sari"

2. W książce wspomniała Pani o posiłkach w towarzystwie Nepalczyków i o kobietach, które je przygotowały, obsługiwały jedzących, a same nigdy nie zasiadły do stołu. Jak rozpoznać sytuacje, w których należy przeciwstawiać się niesprawiedliwości i oddzielać je od takich, które nie zgadzają się z naszymi przekonaniami i standardami, a mimo to na pewnym etapie trzeba je uszanować czy nawet je zaakceptować?

Odpowiedź na to pytanie jest trudna. Bo z jednej strony mamy tu granice przyzwoitości, maniery, które zobowiązują gościa do określonego zachowania, ponieważ jest podejmowany przez miejscowych w najlepszej wierze. A na drugim biegunie jest niedopuszczalna dla każdego aktywisty bierność, która hamuje zmiany na lepsze. 

Należy wybrać taką formę "protestu", która nie zantagonizuje ludzi, bo wtedy na pewno zabraknie w nich gotowości do słuchania, otwartości na alternatywę, na inną drogę. 

W tej konkretnej sytuacji, o której Pani wspomina, a w której często się znajdowałam, bo często byłam zapraszana do nepalskich domów, ja wybierałam manifestowanie swojej pozycji w najmniej ofensywny sposób, jaki zdołałam wymyślić. To znaczy proponowałam, aby poczekać z posiłkiem na panią domu, oferowałam pomoc w kuchni, pytałam panią domu czy chciałaby dołączyć do rozmowy i tak dalej. Starałam się wielokrotnie podczas wizyty pokazać i jej, i reszcie rodziny, że ją zauważam, że jest dla mnie tak samo ważna jak pozostali; pokazać wdzięczność za posiłek, jego przygotowanie. Tymi zabiegami dawałam do zrozumienia, jak ja widzę rolę kobiety i jej miejsce w rodzinie. Krytykowanie gospodarzy otwarcie nie wchodziło w grę. Najczęściej gospodarze nie odstępowali od swoich zachowań, ale ja manifestowałam swoje przekonania, a oni to rejestrowali. 

Ale w innych sytuacjach, kiedy rozmawiałam z Nepalczykami na, nazwijmy to, neutralnym gruncie, to znaczy nie będąc gościem w ich domach, prowokowałam, podejmując najtrudniejsze tematy, od których oni nie uciekali. Mówię tu głównie o ludziach młodych, którzy chętnie rozmawiali. 

Uważam, że należy ludzi wyciągać z ich strefy komfortu, w każdej kulturze, i ja to robiłam tak, jakbym chciała, żeby to robiono wobec mnie. Oczywiście zachowując przy tym szacunek i takt. Ale takie ćwiczenie intelektualne jesteśmy sobie winni wszyscy. Tylko rozmowy na trudne tematy, jak te o różnicach kulturowych, są zdolne rozsypać nasze przekonania i złożyć je ponownie, ale już może w inną układankę, o nowym kształcie.

Należy nieustannie podważać nawet własny światopogląd. Inaczej grozi nam stagnacja, zapominamy dlaczego w ogóle tkwiliśmy przy takim lub innym przekonaniu i konserwujemy je z przyzwyczajenia. A to niezdrowe dla higieny umysłowej. Nie znaczy to, że zdanie zmienimy za każdym razem, kiedy zabieramy się za jego rewizję, czasem wręcz ugruntujemy to, które mamy. Ale dzięki temu zachowamy świeżość i będzie to stanowisko zajmowane świadomie. 

Odbyłam wiele rozmów, podczas których zasiane zostało ziarnko wątpliwości - a to już sporo. Wiele osób nie zadaje sobie pytań na codzień, ani małych, ani egzystencjalnych. A każde moje nieofensywne i podyktowane ciekawością "dlaczego": dlaczego kultywuje się ten zwyczaj lub tamten, skąd ta tradycja lub tamta i tak dalej - coś wnosiło do sposobu myślenia. Bo niektórzy na wiele "dlaczego" nie potrafili znaleźć odpowiedzi, albo ich odpowiedź brzmiała: "bo od zawsze tak było". Byli rozmówcy, którzy zdawali sobie sprawę, że ich własna odpowiedź im nie wystarcza, że teraz, sprowokowani, powinni poszukać głębiej i zrobią to, po prostu nikt nie postawił ich nigdy wcześniej przed takim pytaniem. 

Tyle możemy robić. Nie możemy zrobić więcej, ale nie powinniśmy robić mniej. Nie zwalczać, a rozmawiać. To wymaga czasu, szacunku i woli obu stron, ale to jedyna droga do budowania świadomości, choć żmudna i najczęściej bez natychmiastowych rezultatów. 

Nepalka na Placu Durbar, Patan, Dolina Kathmandu. Fot. Edyta Stępczak

3. Cieszę się, że wspomniała Pani o podważaniu nawet własnych światopoglądów. Podczas lektury Pani książki przypomniała mi się pewna rozmowa ze znajomą Hinduską. Zupełnie niespodziewanie weszłyśmy na temat małżeństwa. Bez najmniejszego oporu powiedziała, że jej rodzice wybrali już dla niej przyszłego mężą. Nie zdążyłam jeszcze wyrazić mojego oburzenia, a ona zamknęła mi usta szczerą troską o ... mnie. Było jej szalenie przykro, że moi rodzice nie troszczą się o moją przyszłość i że sama muszę postarać się o partnera, nie mając takiego doświadczenia życiowego, jak moi rodzice... Oczywiście nie kwestionuję tego, że wielu kobietom w Nepalu powinno się pomóc. Podejrzewam jednak, że nie brakuje i takich, które w swej roli odnalazły szczęście. Czy rozbudzając w nich wątpliwości paradoksalnie nie sprawimy, że staną się bardziej nieszczęśliwe? Może ich filozofia życiowa wcale nie jest gorsza od naszej?

To bardzo ważny temat i jeden z rozdziałów "Burki...", który poświęcam właśnie ludziom młodym, tak kobietom, jak i mężczyznom. I tak jak piszę w książce, są Nepalczycy nie tylko pogodzeni z losem, ale wręcz szczęśliwi. 

Czerpią oni swoje szczęście z systemu wartości jaki wyznają. Są to ludzie, dla których ich tradycje i zwyczaje są jak ochronny kokon, a nie jak kajdany. I to należy zrozumieć, uszanować i nie ingerować. Bo niby dlaczego? Jaki mamy ku temu mandat? Co nas do tego upoważnia?

Sęk w tym, aby istniał wybór i aby ci ludzie, którzy czują, że znajdują się w opresyjnej sytuacji, mieli szansę, możliwość się z niej wydostać. Aby chroniło ich prawo, a społeczeństwo pozwoliło im na odstępstwo od dyskryminujących praktyk, zwanych często tradycją. 

Ja rozróżniam trzy rodzaje kobiet. Pierwszy stanowią te nieświadome swojej pozycji, które akceptują i przyjmują bez zastrzeżeń to, co, jak sądzą, przewidział dla nich los. Pomaga im w tym dominująca w Nepalu filozofia fatalizmu. To wśród nich są te szczęśliwe kobiety, dumne z nepalskiego dziedzictwa kulturowego i bogactwa tradycji. Drugi to kobiety świadome, ale cierpiące w milczeniu, posuwają się najwyżej do narzekania na swoją sytuację po kryjomu, w zaufanym gronie, otwarcie jednak nie konfrontują się z rodziną ani ze społecznością w obawie przed reprymendą – to najliczniejsza grupa. I wreszcie trzeci rodzaj - świadome i aktywne kobiety, walczące o swoje prawa i żyjące według zasad, które głoszą – te są nadal nieliczne w skali społeczeństwa.

Można potraktować te trzy grupy jako poszczególne stadia jednego procesu zmiany postawy: od nieświadomej do świadomej, od biernej do aktywnej. Najbardziej dramatycznym etapem tej ewolucji jest przejście z pierwszej grupy do pośredniej. O ten pierwszy krok, o awans do grona świadomych jest najtrudniej. 

Podobnie jak w przypadku kobiet, wśród młodych Nepalczyków także są ludzie świadomi i nieświadomi.

Dzięki Internetowi, zachodniemu kinu czy wyjazdom zagranicznym mają oni styczność z inną kulturą. Będąc zagranicą chłoną równouprawnienie, prawa człowieka, swobody obywatelskie. A po powrocie do domu trudno im się zaadaptować. Wiedzą już, jak może być. I jeśli to, co widzieli, czym mieli okazję przez chwilę żyć, bardziej do nich przemawia niż ich rodzime obyczaje i normy społeczne, w naturalny sposób chcą być częścią tego liberalnego świata. Ale jak, skoro ich zakotwiczeni w tradycji rodzice nie zezwalają na taki scenariusz? Aby utrzymać dzieci w ryzach stosują szantaż emocjonalny i inne metody. Bo nie są gotowi na nowe. To jest schizofreniczna sytuacja dla tych świadomych młodych ludzi, bo wiedzą już, czego chcą, a czego nie, że ich własne pragnienia nie są spójne z pragnieniami rodziców, ale winni są im posłuszeństwo. I najczęściej koniec końców podporządkowują się ich woli. Nie można ich jednak oceniać, bo mają wiele do stracenia. 

Byli wśród moich rozmówców tacy, którzy przeklinali świadomość, bo powodowała, że znacznie trudniej im się żyło. Woleliby jej nie mieć. 

Świadomość wyzwala, jeśli istnieje alternatywa. A kiedy jej brak, jest źródłem wewnętrznego konfliktu, który często przebiega w bardzo dramatycznej formie i tragicznie się kończy. A tym elementem, który odbiera młodym alternatywę jest naczelna powinność i najświętszy obowiązek dzieci w życiu, to znaczy bezwzględnego posłuszeństwa wobec rodziców. Co więcej, z tego obowiązku się nie wyrasta: tak długo jak żyją rodzice, tak długo jesteśmy im winni posłuszeństwo. W takim duchu Nepalczycy są wychowywani od najmłodszych lat, powiedzielibyśmy: indoktrynowani; tym nasiąkają od dziecka i to zrozumiałe, że w głowach wielu z nich pomysł buntu w ogóle się nie zrodzi. W domu nie dyskutuje się z rodzicami - to byłaby krnąbrność. Niezgadzać się ze starszym od siebie jest poczytywane za brak szacunku. Takie osoby są natychmiast etykietowane jako butne, bezczelne, trudne i niewdzięczne. A nikt nie chce być odrzucony. W Nepalu rodzina jest wszystkim, to społeczeństwo kolektywne, gdzie indywidualizm to nowomoda, nonsens. To także kraj, w którym nie istnieje jeszcze powszechny system ubezpieczeń społecznych, zatem to rodzina jest jedynym zabezpieczeniem, zwłaszcza na starość. W tym kontekście łatwo pojąć, skąd taki stopień podporządkowania rodzicom nawet przez dorosłych, świadomych ludzi, przejmowanie przez młodych Nepalczyków tradycyjnego punktu widzenia swoich rodziców, a więc kontynuowanie starych praktyk.

Wciąż uważam, że należy walczyć o świadomość. Bo zmiana na lepsze dla tej rzeszy Nepalczyków, która wcale nie jest zadowolona z aranżowanych małżeństw itd. dokona się tylko dzięki świadomości. Z tym, że nie wszystkie świadome osoby podejmą działanie. Zatem im więcej świadomych, tym więcej aktywnych na polu walki o prawa kobiet, czy szerzej - o prawa człowieka, o swobody obywatelskie. Wielu owych świadomych, młodych Nepalczyków mówiło mi, że sami wprawdzie nie podejmą walki z tradycją, z rodzicami, że są straconym pokoleniem, przejściowym, że jeszcze nie czas na tak rewolucyjne zmiany… Ale: ponieważ sami bardzo cierpią z powodu ubezwłasnowolnienia, swoim dzieciom pozwolą na życie własnym życiem, a nie czyimś, z którym się nie identyfikują. 

Zmiany zatem nadchodzą. Są kwestią kilku pokoleń, ale nadejdą. Taka jest natura zmiany, że nie można jej zatrzymać. Co najwyżej spowolnić. I oczywiście tych sił hamujących jest w Nepalu nadal sporo, są bardzo aktywne. 

Dziewczynka spotkana w Dolinie Tsum. Fot. Edyta Stępczak

4. Bardzo chciałabym wierzyć, że ci młodzi ludzie, którzy mieli szansę zobaczyć, jak żyje się gdzie indziej, faktycznie zaoferują swoim dzieciom więcej swobody. Z drugiej strony mam jednak co do tego sporo wątpliwości. Nawet z własnego podwórka znamy schemat powtarzania tych samych błędów. Przykładowo ofiary przemocy domowej, z czasem często stają się oprawcami. Pani również wspomina w książce o kobietach, które jakby "zapomniały" o własnych krzywdach i po zdobyciu lepszej pozycji, przyczyniają się do ucisku kolejnego pokolenia. Do tego, jak Pani mówi, młodzi nie chcą walczyć z tradycją i rodziną, a rodzina to w końcu nie tylko rodzice i zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie bacznie się przyglądał temu, jak wychowują kolejne pokolenie. Może rzeczywiście potrzeba kilku pokoleń, żeby coś faktycznie się zmieniło. Czy jednak nie ma innej, szybszej drogi? Czy pozostaje nam bolesna świadomość i bezradność, bo pomagając często możemy bardziej zaszkodzić? Czy dostrzega Pani jakiś sposób, w który można by choć trochę wpłynąć na te starsze, konserwatywne pokolenie?

To nie jest proste. Z dwóch względów. Jeden to taki, że wyjeżdżają zagranicę w wieku dorosłym, będąc już ukształtowanymi jako ludzie. A więc z określonym światopoglądem, z jakim wzrastali, żyli od urodzenia. Niełatwo "wykąpać się ze swojego świata" i przyjąć nowy. To nie jest kwestia zmiany garderoby, a rdzenia, podstawy naszej tożsamości, która kształtuje się w dzieciństwie. To samo dzieje się z nami, z każdym z dowolnego kręgu kulturowego, kto styka się z "innym" w wieku dorosłym. Elementy innych kultur nas ciekawią, fascynują, owszem, ale przejęcie ich, zastąpienie rodzimych racji i wartości obcymi, to już zupełnie odmienna sprawa. 

Po drugie, zasadniczo są dwa skrajnie różne sposoby odpowiedzi na opresję: jedne ofiary zamienią się w prześladowców, kiedy tylko nadarzy się ku temu okazja, niejako w rewanżu za to, co ich samych spotkało. A inne zachowają się wręcz przeciwnie, będą chciały oszczędzić innym tego, przez co same przeszły. 

Natomiast odpowiedź na pytanie czy nie ma szybszej drogi ku zmiany mentalności brzmi: nie, tu nie ma drogi na skróty. 

O zmianę mentalności - bez której nie będzie emancypacji kobiet - właśnie najtrudniej, następuje ona najwolniej i jest to bardzo delikatny grunt. 

Chce przy tym zauważyć, że zmiana nie dokonuje się tylko wraz ze zmianą pokolenia, wśród ludzi młodych. Piszę w książce o kobietach, w średnim wieku bądź znacznie starszych, które dojrzały do otwartości na nowe, które widzą potrzebę na przykład opanowania sztuki czytania i pisania. Zarówno z powodów pragmatycznych - aby nikt nie oszukiwał ich już podczas robienia zakupów, uczą się więc nominałów itd., ale jest to też motywowane poczuciem godności. Czasem potrzeba sprzyjających okoliczności, żeby pewne potrzeby doszły do głosu. Te konkretne kobiety odchowały już dzieci i, zyskując więcej czasu dla siebie, chcą się uczyć. To z pewnością także wpływ ruchów na rzecz kobiet, coraz lepiej słyszalnych w Nepalu, a to inspiruje, dodaje innym kobietom siły, motywuje je. Zdarza się więc, że zmiany dokonują się również w obrębie jednego pokolenia, wśród ludzi starszych, choć w skromnej skali. 

Kobiety udające się o świcie do świątyni złożyć ofiary. Fot. Ravin Man Bajracharya

5. Zmiany w Nepalu muszą dokonać się nie tylko w głowach mieszkańców, ale też na szczeblu krajowym. W książce pisze Pani o wprowadzanych przepisach, które mają poprawić los kobiet. Przepisach, które niestety nic nie zmieniają... Jak Pani ocenia tę sytuację: czy jest to tylko zasłona dymna, która ma za zadanie uspokoić międzynarodową opinię publiczną? A może mamy do czynienia z krótkowzrocznością rządzących, którzy nie dostrzegają sedna problemu? A może przepisy nie działają, bo mieszkańcy uparcie próbują żyć według "starych reguł" i ignorują wszelkie zmiany?

To ostatnie. Świadomość nie jest powszechna (nie tylko w Nepalu, a wszędzie, bądźmy fair), a w dodatku sama świadomość nie wystarcza. Wielu świadomym osobom brakuje woli - i to także z tego powodu zmiany następują tak powoli. 

A woli brak im między innymi dlatego, że są beneficjentami status quo. Zależy im więc, żeby wszystko zostało tak, jak jest i jak było od wieków.

Odnosząc się do pozostałych kwestii, o których Pani wspomina: niewiele dba się w Nepalu o to, co powie światowa opinia publiczna. A to dlatego, że o Nepalu nikt na świecie nie rozmawia. Jeśli już, to w kontekście Himalajów: gdy padnie jakiś rekord na Evereście lub kiedy ktoś zginie. Albo z powodu kataklizmu. Może brzmi to dość brutalnie, ale tak po prostu jest. Jak wspomniałam na początku rozmowy, tak jak to ma miejsce w przypadku polskiej świadomości, tak i w światowej Nepal to wyłącznie Himalaje. Stąd moje książki o tym kraju (kolejna jest w przygotowaniu), bo istnieje bardzo szerokie spektrum tematów związanych z Nepalem, o których nic na świecie nie wiadomo. 

Nie jest też tak, że przepisy prawne, mające na celu poprawić sytuację kobiet, które z takim trudem udało się przeforsować, niczego nie zmieniają. Owszem, nadal są często ignorowane, bo wolniej niż przepisy zmienia się mentalność, która nie jest gotowa na nowe, ale jednak to ogromny krok naprzód. Bo istnieje już coś, na co można się powołać, kobiety zyskały w debacie argument dużej wagi. Choć oponenci powołują się na argument mający jeszcze większy ciężar gatunkowy w tym niezwykle przywiązanym do tradycji kraju - kulturowy, nakaz wierności tradycji. Jednak dzięki tym przepisom prawnym roszczenia kobiet - oraz mężczyzn-feministów, walczących u ich boku - zyskują legitymizację. Ale nie tylko. Te prawa ośmielają kobiety, zachęcają je do dalszych kroków na tej drodze pełnej przeszkód i wrogów, dodają im pewności siebie. One widzą, że ich starania nie idą na marne. A to już cenne samo w sobie. 

Kobieta z wioski Haku, dystrykt Rasuwa. Fot. Edyta Stępczak

6. Mam nadzieję, że między innymi za sprawą Pani książki, pojawią się osoby żywo zainteresowane Nepalem (nie tylko w kontekście Himalajów), jak również losem mieszkających tam kobiet. Od chwili gdy skończyłam lekturę Pani książki zastanawiam się, jak osoby takie jak ja, mieszkające tak daleko od Nepalu, mało rozeznane w tamtejszych realiach, mogłyby wesprzeć pozytywne zmiany. W książce wspomniała Pani o różnych formach międzynarodowej pomocy, która nie przynosi najmniejszych korzyści, a nawet "nakręca" działalność przestępczą... 

To bardzo rozległe zagadnienie, któremu poświęcam sporo miejsca w mojej drugiej nepalskiej książce pt. "Huśtawka nad przepaścią". Pominę więc może tutaj wątek pomocy międzynarodowej jako takiej, a skupię się na pomocy w kontekście kobiet. Często słyszę takie pytanie: co my możemy dla nich zrobić? Najważniejsza jest świadomość. Mając wiedzę na temat problemów tych kobiet, kolejny krok przyjdzie z łatwością, prędzej czy później pojawią się pomysły i inicjatywy, jak im pomóc, projekty, w których można wziąć udział, nawet bez konieczności wyjazdu do Nepalu. Jesteśmy kreatywni, a wiedząc, z jakimi wyzwaniami mierzą się Nepalki, przyjdą nam do głowy różne sposoby zaangażowania się. Bycie adwokatem ich sprawy zagranicą, na przykład w Polsce, to już pierwsze ważne działanie. Ruch kobiet jest ruchem światowym, co ma olbrzymią wagę i znaczenie, bo kobiety inspirują się wzajemnie, pod wpływem dokonań jednych aktywizują się kolejne, w innym kraju, wzajemnie się motywują, uczą się na cudzych błędach, kopiują mądre rozwiązania, mówią razem silniejszym głosem. A to, co zaczyna się jako społeczna tendencja, moda, ruch czy ekstrawagancja, rodzima czy skopiowana z zagranicy, często przyjmuje z czasem formę przepisów prawa. 

Ten światowy network w naturalny sposób ma większą siłę przebicia. Zwracały na to moją uwagę dalitki, czyli tak zwane niedotykalne, walczące o swoje prawa i dyskryminowane podwójnie, na dwóch poziomach: jako kobiety przez mężczyzn i jako dalitki przez przedstawicieli wyższych kast. Ruch dalitek jest znacznie słabszy niż ruch na rzecz praw kobiet, bo ten drugi ma globalny zasięg, podczas gdy kastowość, segregacja kastowa i społeczne wykluczenie z powodu jakiego cierpią niedotykalni, to zjawisko regionalne, ogranicza się do subkontynentu indyjskiego. Dlatego ich postulaty to pojedynczy, słabo słyszalny głos w porównaniu z donośnym krzykiem wieloosobowego chóru, jakim jest ruch na rzecz praw kobiet. Dalitki mogą ciągle jeszcze tylko marzyć o takiej skuteczności. 

Można udostępnić Nepalkom platformę, trybunę, z której będą mogły mówić, bądź my będziemy mówić w ich imieniu, o problemach, jakie są ich udziałem. Sukces tej książki będę mierzyć nie czym innym, a właśnie wzrostem świadomości w Europie na temat kondycji nepalskich kobiet, ich statusu w rodzinie i społeczeństwie. Bo wszystko zaczyna się od świadomości.

A konkretne działania na rzecz Nepalek zależą już od naszej inwencji twórczej. Po lekturze książki blogerki na Instagramie włączyły się na przykład w akcję #razemznepalkami. W solidarności z kobietami z Nepalu mówią o ich wyzwaniach, a znakiem rozpoznawczym tej akcji są bransoletki, symbolizujące ukrywanie dramatu kobiet pod piękną szatą, z którymi blogerki się fotografują. 

Po jednym ze spotkań autorskich jedna z czytelniczek podeszła do mnie i powiedziała, że nie miała wcześniej pojęcia o sytuacji Nepalek, a teraz, wiedząc o tym, chce się zaangażować w pomoc. Silne wrażenie wywarły na niej zwłaszcza informacje na temat zdrowia okołoporodowego kobiet w Nepalu, bo to jej dziedzina, i jest zdeterminowana pojechać tam na wolontariat. Ten i inne podobne przykłady najlepiej pokazują, że szerzenie świadomości przekłada się na praktyczne kroki i konkretne rozwiązania.

Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać, żeby pomagać mądrze, nie wyrządzając przy tym więcej krzywdy, niż pożytku. 

Młoda kobieta z wioski Haku, północny Nepal. Fot. Edyta Stępczak

7. Mam wrażenie, że ten wywiad mogłabym ciągnąć bez końca. Dramat kobiet w Nepalu to temat o bardzo wielu aspektach. Myślę jednak, że osoby, które zainteresowały się tym problemem, powinny po prostu sięgnąć po Pani książkę. Na koniec chciałabym jeszcze zapytać o Pani plany na przyszłość. Wspomniała Pani, że przygoda z Nepalem jeszcze się nie kończy i że powstaje kolejna książka. Czy planuje Pani po raz kolejny odwiedzić Nepal, czy może skupi na roli "adwokata" sprawy Nepalek w Polsce? 

To zaledwie początek. Jak chodzi o projekty literackie, to wspomniana już “Huśtawka nad przepaścią”, jest prawie gotowa, tekst wymaga tylko prac redakcyjnych. Ale jest jeszcze inny poziom aktywizmu, na którym się realizuję, oprócz pisania. Od 2015 roku prowadzę w Nepalu projekt pomocowy Healing Haku, który powołaliśmy wspólnie z jednym z moich nepalskich przyjaciół, Dineshem Tamangiem, w celu niesienia kompleksowej pomocy ofiarom trzęsienia ziemi, a konkretnie mieszkańcom wioski Haku w północnym Nepalu [www.healinghaku.org]. Pracuję też obecnie nad pozyskaniem finansowania dość ambitnego, bo innowacyjnego i długofalowego projektu. Jeśli się powiedzie, to zrewolucjonizuje on tamtejszy trzeci sector. To nie tyle projekt, co zupełnie nowy model rozwojowy, który powinien zastąpić bardzo niedoskonałą i mało efektywną pomoc zagraniczną. 

Z Nepalem będę więc związana na długie lata. Jest sporo do zrobienia, a pomysłów na projekty do realizacji stale przybywa. Horyzont jest zapełniony planami – nie tylko ciekawymi, ale co ważniejsze przynoszącymi społeczną korzyść - więc to bardzo ekscytująca perspektywa!

04.11.2018

Français Présent nr 46



Français Présent to w moim przekonaniu najciekawszy, dostępny na polskim rynku magazyn dla uczących się języka francuskiego. Przeznaczony jest on głównie dla osób posługujących się językiem na poziomie średniozaawansowanym, myślę jednak, że również ambitni początkujący znajdą tu coś dla siebie. Tematyka magazynu jest bardzo zróżnicowana. W ten sposób możecie nie tylko poszerzyć wiedzę dotyczącą krajów i regionów francuskojęzycznych, ale także znaleźć ciekawostki dotyczące wielu innych dziedzin, takich jak technika, psychologia, polityka, muzyka czy sport. 

Najnowszy, 46 już numer magazynu, to między innymi zaproszenie do wspaniałej, francuskiej kuchni. Poznamy tutaj nie tylko wiele pożytecznych zwrotów, związanych z tą tematyką, ale również ...będziemy mogli wykorzystać smakowity przepis na zapiekankę ziemniaczano-serową na winie. Nie mniej ciekawy był dla mnie artykuł na temat bardzo smacznego, jabłkowego napoju - cydru. Trudno również nie zwrócić uwagi na bardzo rozbudowany, wzbogacony o wiele pięknych zdjęć artykuł na temat francuskiego wybrzeża. 

Niezależnie od zainteresowań, każdy uczący się, powinien poświęcić nieco czasu dwóm tekstom. Pierwszy z nich jest kontynuacją rozpoczętego w poprzednim numerze artykułu na temat użycia imiesłowu czasu przeszłego (participe passé). W drugim znajdziecie przykłady konwersacji w pracy, przykładowo dialog z nowym kolegą, rozmowę z nowym szefem, czy też dotyczącą planowanego urlopu.

Niezmiennie zwracam Wam uwagę na liczne dodatki, które skutecznie umilają naukę z magazynem. Jeden z najważniejszych to pliki audio z nagraniami wielu artykułów, nieoceniona pomoc dla uczących się samodzielnie, kładących duży nacisk na właściwą wymowę i intonację. Niezmiennie cieszy mnie również arkusz pracy dla nauczyciela. Osobiście jestem bowiem zdania, że magazyn można znakomicie wpleść w zajęcia na kursach, czy też w szkole. Jasne oznaczenie trudności tekstu sprawia, że łatwiej będzie nam znaleźć artykuły odpowiednie do naszych możliwości. Dzięki temu praca nie będzie ani za łatwa, ani ponad nasze siły.

Gorąco zachęcam do rozpoczęcia przygody z magazynem Français Présent, a jeśli doceniliście już jego zalety, do korzystnej cenowo prenumeraty, czy też prenumeraty elektronicznej. Dzięki nim nie przegapicie żadnego numeru, a interesujące tematy docierać będą bezpośrednio do Waszego domu. Polecam.

02.11.2018

"Finał 7" Kerry Drewery



Autor: Kerry Drewery
Tłumaczenie: Iwona Michałowska-Gabrych
Cykl: Cela 7 (tom 3)
Wydawnictwo: Młody Book
tytuł oryginału: Final 7
data wydania: 4 października 2018
ISBN: 9788380572614
liczba stron: 464



"Finał 7" jest trzecią, ostatnią już częścią bardzo interesującego cyklu Cela 7, autorstwa brytyjskiej pisarki Kerry Drewery. To opowieść o przerażającej sile mediów, wszechobecnej obłudzie i o tym, do czego może doprowadzić bezkrytyczne przyjmowianie tego, co oferuje nam szklany ekran telewizora...

Martha i Isaac wreszcie są wolni, niestety w świetle rządowej propagandy stanowią duże niebezpieczeństwo dla całego społeczeństwa. Czy do końca życia będą musieli się ukrywać? W głowie Marthy rodzi się bardzo śmiały plan, który może wszystko zmienić. Czy znajdą się jednak osoby, które będą miały dość odwagi, by jej pomóc? Stawka jest bardzo wysoka, a niebezpieczeństwa czychają na każdym kroku...

Powieść jest ostatnią częścią trylogii i aby w pełni ją docenić, warto przeczytać ją we właściwej chronologii. Tylko w ten sposób pojmiemy dramaturgię wydarzeń, bo trzecia część serii jest zdecydowanie najbardziej dramatyczna. Martha wreszcie zaczyna działać i szuka sposobu, by ujawnić niecne postępki establishmentu. Zadanie jest bardzo karkołomne, na jej niekorzyść działa bowiem nie tylko wiele osób wykorzystujących system, ale również technika i media. Społeczeństwo preferuje drogę na skróty i mało kto analizuje informacje płynące z telewizora. Opór tłamszony jest w zarodku, często łatwiej więc przymykać oko nawet na bardzo oczywistą niesprawiedliwość. 

Nie ulega wątpliwości, że autorka znalazła bardzo interesujący i frapujący temat. Choć powieść jest fikcją, oglądając ramówkę telewizyjną, trudno nie zadać sobie pytania, czy aby nie zmierzamy do równie przerażającego świata. Ambitne programy zastępowane są rozrywką niskich lotów. Media coraz częściej sugerują nam, co powinniśmy myśleć, w zależności od preferencji politycznych, pewne osoby oczernia, a inne wybiela... Więc choć seria Cela 7 to przede wszystkim ekscytująca opowieść dla nastolatków, może warto spojrzeć na nią w szerszej perspektywie, zastanowić się, jakie jest jej przesłanie.

Język książki jest niezmiennie bardzo prosty. Na próżno szukać tu rozbudowanych zdań, dużo częściej musimy zadowolić się jednym słowem. Zabieg jest celowy, ale momentami nużący. Czytelnik może mieć tendencje do omijania dłuższych fragmentów zbudowanych w ten sposób. O ile problem manipulacji ludzkością jest tu bardzo ciekawy, o tyle słabiej wypadają relacje międzyludzkie, w szczególności związek Marthy i Isaaca. Osobiście oczekiwałam więcej emocji i fajerwerków, tymczasem osoba, która nie zna poprzednich tomów, mogłaby mieć wątpliwości, czy tę dwójkę naprawdę łączy jakieś uczucie. Zakończenie wypadło dość intrygująco, choć zwraca uwagę pewna analogia do końcówki serii Igrzyska śmierci. 

Cela 7 jest serią, która nie uchroniła się od pewnych wad, jestem jednak przekonana, że trafi w gusta wielu nastolatków. Błyskotliwy pomysł z programem telewizyjnym, w którym widzowie decydują o życiu i śmierci "uczestników" sprawia, że powieść na długo pozostaje w pamięci. Jak już wspomniałam, warto przymknąć oko na pewne niedociągnięcia i docenić powagę problemu, zawartego w tej trylogii. Oby nigdy nie zabrakło osób, które zadają sobie trud myślenia, rewidują nawet własne poglądy i nie wierzą we wszystko, co próbuje wmówić im szklany ekran...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...